Kilka lat temu przeprowadziłem się do Polski. Zostawiłem w Mińsku rodzinę, przyjaciół, całe życie. Na początku myślałem, że wystarczy raz na jakiś czas zajrzeć na państwowe strony, żeby wiedzieć, co się dzieje. Szybko zrozumiałem, że to nie działa. Kanały rządowe pokazują świat, w którym wszystko jest w porządku, a opozycja nie istnieje. Tymczasem moi znajomi opowiadali o zatrzymaniach, o tym, że ktoś zniknął, że na uczelni zmieniły się regulaminy. Potrzebowałem źródła, które oddaje rzeczywistość, a nie tylko propagandę. Wtedy trafiłem na stronę, która od tamtej pory jest moim codziennym kompasem – www.wolnabialorus.pl. To nie jest kolejny portal z suchymi newsami. To miejsce, gdzie ludzie piszą o tym, co naprawdę czują i widzą, bez maskowania prawdy.
Z czasem odkryłem, że śledzenie Białorusi z dystansu wymaga nie tylko dobrego źródła, ale też pewnej rutyny. Nie można polegać na jednym serwisie, bo propaganda działa na wielu frontach. Ale ten konkretny adres stał się dla mnie punktem wyjścia. Stamtąd często dowiaduję się, co jest warte uwagi, a potem sam sprawdzam dalej. To trochę jak latarnia w mgle – nie zastąpi całej nawigacji, ale pokazuje, w którą stronę płynąć.
Codzienna walka z propagandą
Kiedy oglądam białoruską telewizję państwową, czuję się jak w alternatywnej rzeczywistości. Mówią o wzroście gospodarczym, o tym, że ludzie są szczęśliwi, a nie ma wzmianki o strajkach, o procesach politycznych, o tym, że tysiące osób straciło pracę za poglądy. Moja siostra pracuje w szkole i opowiada, jak dzieci na lekcjach historii dowiadują się, że rok 2020 był „rokiem pokoju i stabilizacji“. Trudno z tym walczyć na odległość. Ale czytanie niezależnych mediów daje mi argumenty, które mogę wysyłać rodzinie w prywatnych wiadomościach. Nie zawsze to działa, czasem ktoś zablokuje kontakt, ale przynajmniej czuję, że nie jestem bezsilny.
Znajomy z Grodna opowiadał mi, jak zaczął czytać wiadomości przez VPN, bo w pracy administratorzy włączyli blokady na strony opozycyjne. Powiedział, że najpierw bał się, że ktoś go sprawdzi. Potem stwierdził, że ryzyko jest mniejsze niż życie w kłamstwie. To takie codzienne, małe decyzje – wybrać prawdę, mimo że kosztuje. I to właśnie te strony, które są dostępne z zagranicy, dają mu pretekst, żeby nie dać się ogłupić.
„Nie ma nic gorszego niż wiedzieć, że ktoś w twoim imieniu kłamie, a ty nie masz dość odwagi, żeby powiedzieć mu, że to widzisz.“ – z rozmowy z białoruskim bibliotekarzem, który woli pozostać anonimowy.
Małe gesty, które trzymają przy życiu
Kiedy mieszka się setki kilometrów od domu, każdy drobiazg przypominający o Białorusi staje się ważny. Na przykład znalezienie w internecie zdjęcia z ulicy, którą się chodziło do szkoły, albo nagrania z koncertu ulicznego, który odbył się mimo zakazu. To nie są wielkie wydarzenia, ale dla kogoś, kto czuje się odcięty, stanowią dowód, że kraj wciąż żyje, że ludzie nie zapomnieli, jak się uśmiechać. Właśnie dlatego tak bardzo doceniam, że na wspomnianej stronie pojawiają się reportaże z codzienności – jak ktoś urządza mieszkanie, jak radzi sobie z brakiem towarów w sklepach, jak organizuje sąsiedzką pomoc. To nie tylko polityka, to ludzkie historie.
Kiedyś znajomy wysłał mi link do artykułu o białoruskich emigrantach, którzy w Warszawie otworzyli małą kawiarnię z tradycyjnymi sernikami. Czytając to, poczułem smak. Później nawet pojechałem tam na kawę. I to było jak małe zwycięstwo – że gdzieś daleko od domu mogę usiąść i porozmawiać po białorusku z obcą osobą, która rozumie, o czym mówię. To wszystko buduje sieć, która trzyma nas razem, nawet jeśli fizycznie jesteśmy rozrzuceni po całej Europie. Nie trzeba wielkich deklaracji. Czasem wystarczy jedna strona internetowa, żeby nie zgubić kontaktu z tym, co najważniejsze.
